Teksty umieszczone w tym dziale są odzwierciedleniem wewnętrznych przemyśleń, spotkań z samym sobą osób, które chcą podzielić się swoim doświadczeniem, stanowić pewnego rodzaju drogowskaz dla wszystkich poszukujących radości i spełnienia w życiu.

Między ego a świadomością

Ja/mnie/moje to słowa, które tak często pojawiają się w codzienności. Moje imię, ja czuję się dobrze, mnie to nie dotyczy. Słowa te budują mur między nami a Życiem. Oddzielają nas od innych, czyli od nas samych. Często podkreślamy indywidualność naszych przeżyć, spojrzenia, interpretacji. Podkreślamy tę indywidualność wszędzie – poza językiem, także w ubiorze, zachowaniu, życiowych wyborach. Próbujemy innych przekonać do indywidualnego i jedynego słusznego spojrzenia na świat. Koniecznie chcemy powiedzieć, co myślimy na dany temat, wyrazić własne zdanie. Czyniąc tak codziennie, stajemy w opozycji ja-ty, ja-świat, ja-oni, ja-dzieci, ja-partner, ja-praca. Pojawiają się dwa bieguny, dwa punkty, A-B, między którymi manewrujemy, linearność, przyczyna-skutek. Nawet kiedy uznajemy się za obserwatora świata, naszych myśli i emocji, nadal tkwimy w dualności – nadal odseparowujemy siebie od reszty. Uznajemy się za tak ważnych się uznajemy, że cały czas powtarzamy – to się mi przytrafiło, ja widzę, ja obserwuję. I poszukujemy osób, które potwierdzą nasz punkt widzenia, nasze myślenie, oczekujemy przytaknięcia i spełnienia w tym przytaknięciu. Wszelkie zmiany wokół nas przepuszczamy przez swój jednostkowy-umysłowy punkt widzenia. Jeśli coś nie mieści się w horyzoncie naszego postrzegania uznajemy, że jest złe. Oczekujemy, że kolejny dzień, miesiąc, rok będzie wyglądał tak i tak. Narzucamy swoje sposoby rozwiązań Życiu, ściskając je do wąskiej linii spełnienia ego. Często dostajemy odpowiedź, drogowskaz, w którym kierunku spojrzeć. A my ciągle uparcie odwracamy głowę na zewnętrzne aspekty naszego życia. Tymczasem kierunek jest jeden – wejście do wnętrza, pod grubą warstwę ja/mnie/moje. Pod jestem tym lub tamtym ukrywa się prawda o świadomości bez podziału na pojedyncze jednostki, gdzie wszystko łączy to samo odczucie obecności bez czasu i przestrzeni. Tam bije źródło. Nikt go dla ciebie nie opisze, nikt cię do niego nie doprowadzi. Możesz zrobić to sam. Bez oczekiwania oklasków, wyróżnień i nagród. Żeby poznać Prawdę, kim jest człowiek.  z

22 lutego 2015

KIM JESTEM?

Kim jestem? To pytanie, na które nie da się odpowiedzieć. To czas, kiedy słowa pozostają gdzieś daleko. Wyjaśnienia próbujące nazwać coś dokładnie odchodzą. Na pytanie kim jestem nikt mi nie odpowie. A jeśli odpowie, to będzie tylko jego odpowiedź. Staję więc z tą wskazówką pośród tysiąca myśli i wątpliwości. Przypominam sobie wszystkie możliwe definicje i spojrzenia. Wszystkie one dotykają tylko powierzchni, wszystkie one tylko wskazują na coś, co tkwi głębiej. Kto myśli kim jest? Kto myśli, że jest mężczyzną, kobietą, lekarzem, nauczycielem, czterdziestolatkiem? Co to w ogóle oznacza? Na pewno stanowi widoczną część naszej egzystencji. Ale czy jestem tym, co tak nazywam? Co istnieje pod tymi wszystkimi etykietami, słowami, które coś definiują? Tak zaczyna się podróż w głąb siebie. Słowa przestają istnieć. Pozostaje tylko odczucie i nic więcej. Nie trzeba tego nazywać. Każdy przeżywa je po swojemu. Każdy próbuje wyrazić je po swojemu. Stan bez niczego – trwanie poza czasem. Tym właśnie jesteś – tym trwaniem, tym odczuciem. Nie rób nic na siłę, nie szukaj określeń dla swoich odczuć. Trwaj. To nic, że na początku chwilkę. Wszystko powiązane jest z tą chwilką. Nie narzucaj sobie, że to musisz a tamtego nie. Staraj się być naturalny. Po prostu chwytaj moment – kto się teraz obawia? Kto raduje?Kto smuci? Czy to na pewno ty? Nie jesteś myślą. Nie jesteś emocją. Choć ich wszystkich doświadczasz. Czujesz smutek, ale nim nie jesteś. Myślisz o jutrze, ale nie jesteś tą myślą. Nie stawiaj znaku równości pomiędzy nimi a sobą. Nie identyfikuj się. Zacznij od tych momentów – chwil, w których zapytasz, kto się teraz martwi? Czuj swoją obecność – to ledwo uchwytne odczucie, które pozostaje niezmienne odkąd pamiętasz. Tę sferę, z której pochodzą ciche szepty – odsuń komputer, wyłącz gaz pod garnkiem, zabierz parasol. Tę strefę, którą bagatelizujemy – po co odsuwać komputer? Po co zabrać parasol? To tam jesteśmy – w tym tajemniczym świecie z pogranicza snu i jawy, jednak prawdziwym. Tym jesteśmy. Wszystko i wszyscy. Tym zaczyna się podróż według własnej mapy odczuć. Podróż, którą odbywasz sam, by odkryć, że sam nie jesteś. Że nie ma indywidualności. Że wszystko i wszyscy są tym samym. Nienazwanym odczuciem, które możesz pogłębiać i pogłębiać. Najlepiej bez pośpiechu, bez nacisku. W swobodnym codziennym działaniu. Nie musisz szukać. Skup się na swoim życiu. Ono jest właściwe takie, jakie jest. Ty jesteś właściwy, jaki jesteś. Nie naprawiaj, nie ulepszaj, tam można czynić z samochodem albo robotem. Szukaj odczucia pod doświadczeniami, nazwami, emocjami. Kim jestem? – ja jestem. z

22 lutego 2015

Rozmowa z lustrem

Podchodzę do lustra. Naga. Staję i zaglądam w swoje oczy. Nie ma już innej możliwości. To moment, w którym widzę siebie. Nadszedł czas rozmowy, zatrzymania w sobie. Wszystko wokół pędzi. Często przejmuję ten pęd. Czyjeś priorytety uznaję za swoje. Znikają moje cele. Zamazuję się ja, nie wiem, kim jestem i dokąd idę. Tak bardzo zależy mi na opinii innych, że przedkładam ją nad moje własne odczucie, które próbuje przebić się przez głosy zewnętrza. Kiedy je ignoruję, odzywa się ciało. Jego dolegliwości to najlepszy przykład ignorancji wewnętrznego głosu. Widać potrzebny jest mocniejszy bodziec. Najczęściej rzeczywiście się pojawia i zawsze oznacza jedno – zatrzymaj się, zauważ siebie. Porozmawiaj z sobą. Nie ignoruj tych cichych szeptów podpowiadających, co jest nie tak, bo zamienią się w krzyk bólu – jedyną rzecz, która może nas jeszcze w tym pędzącym świecie zatrzymać. Wtedy reagujemy. Stoję więc przed lustrem. Wiem, że zignorowałem/am siebie, że uwaga została skierowana gdzieś w zewnętrzne okoliczności, które uznałem/am za słuszne lub konieczne. Straciłem/am w odczuciu swój cel. Ciało zaczęło więc wołać – tak się dalej nie da. Nie możesz eksploatować w nieskończoność, a później szukać cudownego środka na uśmierzenie bólu – w tabletce, poradzie lekarza. Skoro sama wypracowałam pewien stan, to sama mogę się z niego wyprowadzić. W moim wnętrzu, w sobie znajduję narzędzia do naprawy – odwagę, wiarę i entuzjazm do działania. Przechodząc ze świata dualności do jedności, która zawiera wszystko odczuwam miłość pozbawioną opozycji, miłość samouzdrawiającą. Ból jawi się wtedy jako drogowskaz na drodze antynomii, wskazujący kierunek jednego Źródła – życia, którego celem jest żyć. Kiedy robię to, co czuję ból nie musi już wskazywać kierunku, który pozostaje cały czas wyraźny wewnątrz i na zewnątrz. W istnieniu, które nie ma początku i końca, trwa umierając i rodząc się na nowo w niestającym pochodzie zmian, w których jedne drzwi otwierają kolejne, gdzie możliwości każdego człowieka nie mają granic, bo są tak samo jak on nieskończone. Gdzie słowa człowiek i nieskończoność łączą się, by dać moc pozwalającą usunąć każdą tamę z naszej drogi. Oto odpowiedź na codziennie zadawane sobie pytanie – kim jestem? Dokąd idę? To jedno pytanie z jedną odpowiedzią – idę tam, kim jestem w nienazwanej nieskończoności.  z

30 stycznia 2015

O wierze

Próba za próbą, obawa za obawą, zwątpienie i poleganie na kimś. To nasza codzienność. Tak trudno pozostać w wierze, że nie ma się czego obawiać. Nigdy. Żadna sytuacja nie jest powodem do lęku. Żadna nie musi budzić strachu. Tak trudno uwierzyć, że zawsze jest dobrze. Że zawsze Jest. Patrzymy przez okno, obserwujemy świat, chmury mknące po niebie, Księżyc i gwiazdy, słońce, krople deszczu na szybie. Tak samo możemy spojrzeć na naszą codzienność. Życie to coś więcej niż tylko złe lub dobrze wydarzenia. Widzimy tylko to, co ma miejsce teraz, co miało miejsce dziesiątki lat temu. Nie widzimy, że byliśmy jeszcze przed naszymi narodzinami. Że nasze imiona, wygląd są podobne do tych sprzed setek lub tysięcy lat. Ludzie towarzyszący nam w naszej podróży na co dzień są tymi, których spotykaliśmy już nie raz. Poznajemy ich po spojrzeniu, po przypadkowo wypowiedzianym słowom, po upodobaniu do tej samej melodii. Są i jak my szukają ukojenia. Szukają dotyku dłoni, który otwiera cały kosmos. Nie znajdziemy jej, jeśli będziemy szukali wokół siebie. Ona rzeczywiście może być fizyczną dłonią drugiego człowieka, ale nie rozpoznamy jej, jeśli od świata, od Istnienia odgradzać nas będzie nieustannie ściana myśli – mur, w którym zamykamy się niczym we więzieniu. To żaden podstęp zewnętrznych wrogich sił – to nasze samobójstwo. Wyniszczamy się sami – myśląc, obawiając się dzień po dniu. Oskarżając siebie i innych o nieszczęścia, które się pojawiają. Krępujemy tym nasze fizyczne ciała, które dają sygnał, gdy lina przyciska za bardzo. Pokazują nam, kiedy nie wytrzymują już bitwy wewnątrz naszej głowy. Sięgamy po coraz bardziej zaawansowane leki, substancje chemiczne, które jak plaster tylko przykrywają ranę. Potrzebne są coraz mocniejsze środki na coraz powszechniejsze choroby. Nie widzimy ich przyczyn w sobie, tylko w zewnętrznych okolicznościach – pogodzie, wirusach, bakteriach. Nasze lęki, zawiści, zazdrości nie mają z tym nic wspólnego. Można tak siebie oszukiwać. Nawet do końca naszych fizycznych dni. Ale Życia oszukać się nie da. Ono trwa jako Obecność, którą czujemy lub jako ciągła walka z zewnętrznym wrogiem, którego wymyślamy. Jako spokojna uważność lub szarpanina dążeń. Siłujemy się zawsze z samym sobą. Tymczasem to, co najtrudniejsze jest najprostszym z możliwych rozwiązań. Cisza wypływa z wiary w siebie. W tym znajdują się rozwiązania. Wypływają na powierzchnię niczym ciepły wiatr w zamarzniętych górach. Nie ma nic, czego człowiek mógłby się bać. I nie chodzi tu o pełne pychy wywyższenie, ale o wiarę w głęboki sens wszystkiego, co się dzieje. z

9 stycznia 2015

Dłonie

Zaczęło się od tego, że pewne ręce pociągnęły mnie za sobą. Rozglądam się dookoła, próbując określić miejsce, w którym się znajduję. Na razie okazuje się to niemożliwe, wiem tylko, że przemieszczam się gdzieś z niebywałą prędkością. Poddaję się temu pędowi. Stoję już, chociaż cały czas podróżuję. To podróż w głąb siebie, gdzie wszystkie różnice, skrajności i stanowiska znikają. Gdzie następuje rozpuszczenie – rozproszenie. Z jednego punktu docieram wszędzie. Przesuwam się i pozostaję nieruchomo. Gwiazdy przesuwają się obok mnie, podziwiam mgławice, kolorowy spektakl bez czasu. To, co dzieje się w mojej fizycznej przestrzeni nie różni się od tego tu. To jest to samo miejsce, tyle że widziane z innej perspektywy. Wszystkich nas przenika ta sama bezkresna przestrzeń. Zbudowaliśmy dotykalny świat, dający się opisać i nazwać, a on też się porusza i zmienia i żyje i zawiera w sobie tę samą przestrzeń co my. Jesteśmy jedną wielką wspólną Istotą bez nazwy, w której pojawiły się, niczym pierniczki wykrojone z jednej masy, indywidualności. Zapomniały one o swoich korzeniach i giną w udowadnianiu sobie, kto ma rację. Niszczą się, myśląc z pogardą o drugim człowieku. Siłują się w bezsensownej walce. Tymczasem jest tylko Istnienie bez podziału na racje. Istnienie, które chce bawić się w życie. Które nieustannie zaprasza nas, wyciągając ku nam swoje dłonie. „Nie dostrzegaj barier, człowieku” – zdaje się mówić. „Kiedy skupiasz się na granicach, powołujesz je do istnienia. Widząc w drugim człowieku Źródło, powołujesz Źródło do istnienia.” To jest sposób na przywrócenie jedności. Także jedności z samym sobą. Kiedy toniemy w pretensjach do samych siebie, kiedy ganimy siebie za niedoskonałości, odcinamy kontakt z samym sobą. Nie ma mowy o nie – i doskonałościach. To fałszywy wymysł umysłu, próbujący wzbudzić w nas konflikt z samym sobą. To, co się dzieje w nas to ciąg zmian, ciąg odczuć, które chcemy na siłę nazwać, sklasyfikować, uporządkować, bo wydaje nam się, że to pomoże nam dojść do celu. Nie ma celu, bo nic się nie kończy. Ciągle skupiamy się i rozpraszamy, wdychamy powietrze i wydychamy. Dajemy się zwieść emocjom – angażujemy się w walkę z innymi, próbując udowodnić swoją rację. Nie można jej udowodnić, bo do jednostki przynależy, wynika z jej odczuć i doświadczeń. Jedyne, co pozostaje, to szukanie wspólnej drogi, płaszczyzny poza emocjami, czyli poza czasem, we wspólnie istniejącej przestrzeni Istnienia.z

23 grudnia 2014

Moc codzienności

Jestem tu, gdzie jestem. Chciałbym, gdzie indziej. To powoduje nieustający konflikt. Zapominam się. Cały czas mi się wydaje, że coś powinienem lub nie. Że coś robię dobrze lub źle. Tnę samego siebie niewidzialnym mieczem na pół, uznając połowę za dobrą, połowę za złą. Dążę do modelu doskonałości, który sobie narzuciłem, wkładając do głowy niewidzialny wzór, który chcę spełnić. Nie pozwalam sobie i innym na własne odczucia i zachowania, które nazywam błędami. I tak spirala napięcia się zamyka. Przypominam sobie zatem, że nie ma doskonałości do osiągnięcia, że nie startuję w konkursie na konia o najpiękniejszych zębach. Po prostu żyję. Oddycham. Czuję innych koło siebie. Zatrzymuję się. To jest mój cel, którego nie ma. Wejście w świat odczuć. Na wieszaku zostawiam płaszcz uszyty na miarę moich oczekiwań. Rozdarł się. Nie pasuje. Jest zbyt idealny. Nie chcę ukrywać zdartych kolan, blizn i pomyłek. To wszystko doprowadziło mnie przed siebie. Do odczucia Źródła. Oddalam się jeszcze od niego. Pochłania mnie często pułapka codziennego pośpiechu. Zapominam, co jest dla mnie ważne. W porządku. Ten codzienny pośpiech z jednej strony oddala mnie od Prawdy, ale jednocześnie przybliża do niej z niebywałą prędkością. Wydaje się być klęską, gdy tymczasem stanowi zwycięstwo. Jest dualnością, która nie istnieje. Patrzę więc teraz na światełka na choince w pokoju. Widzę świat, który stanowi niewyczerpane Źródło cudowności. Odbija w sobie niebywałą różnorodność Istnienia, we wszystkich jego barwach. W każdym z nas odbijają się te barwy. Jesteśmy w kratkę, choć chcemy być biali, jesteśmy garbaci, choć chcemy być prości. Cały czas określamy siebie, jako takich a nie innych, choć zmieniamy się nieustannie. Nazwy nas okłamują. Okłamujemy siebie w nazwach. Tymczasem w naszych doświadczeniach tkwi moc. Szukamy jej w zaklęciach, mantrach, medytacjach, a ona cały czas współistnieje z nami. I paradoksalnie odwracamy się od niej, odwracając się od siebie w trudnych chwilach, uważając się za złych, dobrych, posłanych, niegodnych. Każdy zna swój zakres pojęć, za pomocą których zamyka sam siebie. Ze zgody na siebie samego okaleczonego, brudnego wypływa moc, można nazwać ją mocą zmian. Każdy ją posiada. Nikt nie może jej dodać lub odjąć. To nie tort do podziału. Ona istnieje poza czasem. W każdym z nas, w każdej chwili. Wydaje nam się, że to coś, co umożliwia chodzenie po wodzie, że to coś abstrakcyjnego. A ona prowadzi nas przez codzienność, naukę codzienności do cudu spełnienia we własnym życiu, kiedy to chodzenie po wodzie nie ma już znaczenia. z

23 grudnia 2014

Od próżności do Pustki

Dopełniam się przez innych. Istnieję, kiedy zauważa mnie drugi człowiek. Potrzebuję nieustannego utwierdzenia, że jestem ważny/a, że mam rację, że coś robię lepiej niż inni, że się wyróżniam. Tak się dzieje codziennie, w biegu między jednym a drugim zajęciem, spotkaniem, wydarzeniem. Muszę zrobić jedno, potem drugie, potem trzecie. Skoro siebie nie zauważam naturalną koleją rzeczy szukam innych, którzy mnie widzą. Tymczasem jestem w samotnej podróży. Tu nie ma punktów odniesienia, dobrych i złych uczynków, dobrych i złych decyzji. Zniknęły wszystkie granice, rozróżnienia. Została Pustka. Czasem chcę się zmusić, żeby była ciągle. A ona jest ciągle. Moja niezgoda na bieg wydarzeń, jaki przybiera życie, mój upór i chęć trwania przy swoim powoduje, że tracę ją/siebie z oczu. Często czuję napięcie w sobie. Nie mogę odczuć się w codziennych czynnościach pełnych rutyny. Irytuję się wtedy na innych, że postępują niewłaściwie, nazywam ich wtedy i określam. To powinien być sygnał alarmowy oznaczający natychmiastowy odwrót do siebie. Nie ma usprawiedliwienia na moją reakcję w świecie zewnętrznym. Tam nie ma nic, co może irytować. Tam wszystko jest na swoim miejscu, takie jak ma być. To ja straciłem/łam z oczu siebie, zwracając je ku rzeczom, których nie ma, które nie mają znaczenia, które chcą, abym zajął/ęła jakieś stanowisko. Pochłonęły mnie słowne gry, poczucie wyższości/niższości. Czuję złość, że daję się tak łatwo złapać. A tak naprawdę tracę nieistniejący czas na bycie ze sobą. Niezależnie od tego, jakie to są emocje, zawsze pogrążają nas w niepotrzebnym amoku bodźców-reakcji.

Tak wygląda zatracenie człowieka w nierealnej rzeczywistości. Uznaje on zawsze pierszeństwo czegoś, ważność emocji, potrzeby, czynności. Ważniejsze staje się to, co widzą fizyczne oczy, czego doświadcza ciało i umysł. Odciąga to od realizacji siebie, bo na siłę próbujemy poskładać układankę. Nie pasuje, bo siłą nie można jej ułożyć. Nie pasuje, bo ktoś twierdzi, że wie, jak ją ułożyć za nas. Ona układa się sama, kiedy pozostajemy w odczuciu siebie. Układa się sama, bo w tym odczuciu odkrywamy, że nie ma siebie. Nie ma osoby, jednostki. Jest Istnienie, które istnieje i to samo wystarczy. Czuje na wskroś Życie. Nie do końca zwraca uwagę na jego ziemskie koleje, one nie mają znaczenia. Ważne, że są. Tak po prostu. Nie jakie są. Są. Bez obaw można porzucić pragnienie bycia dobrym, niechęć do bycia złym, wstyd pychy i błędów, marzenie, by stać się światłem. To nic nie znaczy. To tylko litery układające się w słowa. Gdybyśmy stracili zdolność rozumienia mowy, byłby to bełkot. I wtedy byłby prawdziwy. Nadawanie znaczenia czemukolwiek powoduje przywiązanie. Przywiązanie powoduje, że skupiamy się na czymś z zewnątrz. I tak ciągle  - koło powrotu się zamyka. Tkwimy w klatce, nie ocierając się nawet o sens życia. Tym sensem na pewno nie jest ciągłe budowanie barykad i walka o udowodnienie, kto wygrał. A my ciągle uparcie twierdzimy, że właśnie to stanowi o naszym sensie. Wierzymy, bo nie kierujemy się odczuciem, przez co wydaje nam się, że w naszym życiu się coś dzieje, jak pędzimy. To tylko zewnętrzna iluzja. Dzieje się dopiero wtedy, jak pęd ustaje. Kiedy każdy gest, słowo czujemy całym sobą. Kiedy nie ma nic ważniejszego od chwil spędzonych ze sobą. Wtedy świat może pędzić, my tkwimy w bezruchu, który jest Ruchem. Cieszymy się, obserwując. Doświadczenia przychodzą i odchodzą, jesteśmy w nich sobą. Niczym w wielkim mechanizmie kosmicznego zegara ustawiamy wskazówki, choć godzina nie jest ważna. Stajemy się sobą, gdy przestajemy nadawać wagę szczegółom naszego życia. Płyną one sobie wtedy jak statki po gładkiej tafli wody. Nic nie narusza ich naturalnego biegu. Dzieją się same dla siebie. My natomiast czujemy jak Jesteśmy, jak Istniejemy. z

22 grudnia 2014

Wejście w siebie

Zanurzam się w siebie powoli. Smakując każdy oddech, każdy dźwięk. Zanurzam się w siebie jak w źródło, w którym znajdę wszystko. Słyszę śmiech, plusk wody. Podążam za tym. Jestem zanim się stanę. Tonę w kosmosie dróg, kierunków, możliwości. Dotykam trajektorii przebiegu wypadków, zdarzeń. Nie modeluję kształtu, przyglądam się i rozsmakowuję w doznaniach, jakie z tego płyną. Nie do końca wiem, co się dzieje, nie próbuję tego dociec, litery, z których jestem zbudowany/na oplatają mnie, a potem rozpadam się z nimi. Znajduję się tam, gdzie nie są potrzebne ani one, ani ja. Przemieszczam się z miejsca na miejsce, bez nazw, podziwiając barwny spektakl odczuć, w którym muzyka ma kolory, a światło wszystkie barwy tęczy, które mogę dotknąć i poczuć. Rozglądam się wokół w poszukiwaniu kogoś jeszcze. Widzę inne bezpostaciowe postacie, odczuwające dłońmi otaczającą przestrzeń. One są, nie ma między nami prób komunikacji, nie ma słów. Nie ma granic, choć każda jest sama ze sobą i ze wszystkim jednocześnie. W pełni siebie. Przebywamy wszyscy w pełnej realizacji. W bez-czasie i bez-przestrzeni w sobie i we wszystkim. Nie ma znaczenia, gdzie się znajduję, jeśli znajduję się w sobie. Nie ma znaczenia mowa, która stanowi obcy dla mnie kod zamykający to, co czuję w znaczeniach, które nie mają odniesienia w Prawdzie. Fizyczność nie istnieje. Nie widać jej. To, co fizyczne nie stanowi prawdy o nikim. Nie ma porównań, nie ma nic. Znika potrzeba wyborów, bo nie ma z czego wybierać. Nie ma potrzeb. Ten bezkres, bezmiar bez planów, którego istotą jest odczucie, dające tylko odpowiedzi bez pytań. A we mnie tyle pytań kłębi się nieustannie. Zagłuszają odpowiedź. Próbują zmylić. Że nazwy są najważniejsze, że wypowiedziane jest najistotniejsze. Że czas. Że ja jest lepsze. Że w ogóle jest. To sen wydający się rzeczywistością, w który wierzę, z którego budzę się w chwilach taka jak ta, a potem znów zapadam. Tak długo jeszcze, jak długo uznam jego ważność. Wszechobecne napięcie wokół wynika z wiary w sens czegoś, co znika, kiedy zamykam oczy, co zniknie, kiedy je zamknę i już nie otworzę. Puszczam więc trzymające mnie cugle. Następuje wezbranie niczym przy strzepnięciu kołdry, a potem wszystko się samo do siebie dopasowuje. Nabiera łagodności i delikatności w ruchu. Płynie. Tańczy z odczuciem Życia w pełni.z

18 grudnia 2014

Prawda

Jestem ze sobą. Siedzę i każdą komórką ciała odczuwam siebie. Nie ma nic poza tym. Poza odczuciem, które przekłada się na spokojną i cichą radość. Bez oceny siebie i innych naokoło, bez oceny świata i wszelakich zjawisk. Ciche nastawienie na odbiór rzeczywistości. Nie ma znaczenia, gdzie przebywam i co robię. Nie potrzebuję poprowadzenia, interpretacji. Nie mam potrzeb. Może poza tym, żeby być. I jak najintensywniej w tym byciu być, ze sobą, z całością. Nie kontrolować niczego i nikogo. W końcu i tak układam to właściwie z innej perspektywy. Nie rozpoznaję się w niej jeszcze, ale czuję złożoność, wielowymiarowość, której nie umiem inaczej nazwać, a której też nie ma. Dotykając powietrze, czuję, że dotykam swojej niewidzialnej ręki i cieszę się, jak małe dziecko w piaskownicy z tego kontaktu. Nie obowiązują mnie tu żadne narzucone prawa, poza moim własnym, poza Prawdą. I wiem, że wszystko tak się toczy, żeby ta niewidzialna ręka doprowadziła mnie do głębin moich możliwości w tym miejscu. Taki jest nasz cel. Przeżyć to i przesiąść się na inną perspektywę, w której zmienimy się w niewidzialną rękę wyciągniętą w czyimś kierunku. Tu, wtedy i w przyszłości. Nie działają tu żadne kody i programy, poza czasem oznacza również poza wszelakim systemem. Znikam, staję się przezroczysty, przepuszczalny. Nie ma we mnie energetycznej siły, która zmusza do ciągłych wyborów i opowiadania się po stronie dobra lub zła. Nie ma wyborów, bo nie ma opozycji, między którymi muszę wybierać. Wszystko staje się proste i oczywiste. To nie stan dostępny dla wybrańców. To nie stan, który osiągnie się w bliżej nieokreślonej przyszłości. On już jest. Ukrywa się pod bezwarunkową akceptacją siebie, swoich zachowań, swojej walki w pozorach dualności. Pod czekaniem na lepsze jutro i decyzjami, które wydaje nam się, że podejmujemy. Pod wiarą w zbawienie pod cudzym sztandarem. Pod przekonaniami, że coś muszę. Pod wywyższaniem i poniżeniem. Każdy z nas czeka na siebie i szuka nie tam, gdzie może się znaleźć. Wystarczy odwrócić na chwilę wzrok, przestać wierzyć w czyjąś nieomylność. Nikt nie może odczuć za nas nas samych. To podróż jednoosobowa. Nie mają znaczenia nazwy, najważniejsza staje się jakość. Prawda.z

9 grudnia 2014

Od czasu do bez-czasu

To będzie opowieść o czasie, którego nie ma. Wydaje nam się, że towarzyszy nam od chwili narodzin. Biegnie powoli lub szybko, ale jest, a równomierne tykanie zegara przypomina nam o jego upływie. A gdyby się okazało, że czas nie istnieje? Że to wyłącznie koncepcja człowieka? Jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy byli bez czasu? Może okazałoby się, że dopiero teraz zaczyna się życie? Że nie ma przeszłości, teraz ani przyszłości? Że jest tylko bycie w sobie?

Czuję, że podczas wszystkich wydarzeń mojego życia jestem. Że sama przed sobą odkrywam kolejne wymiary mojej własnej układanki. Sama siebie prowadzę poprzez wymiary, których nazw nie znam. Jestem i sama siebie obserwuję. W sobie znanym języku odczuć mówię do siebie. W przelotnych wydarzeniach przekazuję informacje, niczym szyfr, który tylko ja odczytam. Uwierz, że masz klucz do siebie. Któż inny powie ci, jak rozumieć płacz dziecka? Właśnie – ktoś inny tylko powie ci, jak go rozumieć, ty potrafisz go odczuć. Ktoś inny powie ci, jak rozumieć sytuację – ty ją odczujesz. Podpowiedzi innych są niczym obce kody, które nie odszyfrują twojego przekazu – twoich wskazówek w wydarzeniach. Sam je układasz i tylko sam możesz je odczuć. Jesteś jedynym adresatem. Jesteś jedynym nadawcą-adresatem. Stań przed sobą z głęboką wiarą, że każdy oddech, każde słowo, każdy gest, każde przeżycie ma sens. Prowadzi cię do odkrycia siebie. I tylko takie znaczenie mają wydarzenia. Prowadzą cię jak drogowskazy do domu. Nie udawaj więc ślepca, którym nie jesteś. Otwórz oczy i spójrz na wszystko, co się dzieje w pełnej akceptacji. Nie zadawaj pytań i nie szukaj zrozumienia. Akceptuj, poddawaj się odczuciu, które spokojnie poprowadzi cię przez burzę. Ona należy do fizycznego świata czasu, ty nie. W akceptacji poczujesz spełnienie, czegóż więcej potrzeba? Ona zamknie wymiar czasowy, zewnętrzną przestrzeń innych kodów. Pozostaniesz tylko ty, twoje odczucia łamiące wszystkie szyfry. One przecież należą do świata fizycznego, ty nie. Wyjdziesz poza horyzont wydarzeń, tam gdzie tkwi esencja. Wyjdziesz do Życia, które rozkwitnie w tobie niczym kwiat. Ono wyjdzie przez ciebie do świata, bo jesteś wszystkim tym – Życiem, Światem, które przejawiają się w czasowym wymiarze wydarzeń. Wszystko się połączy. Wszystkie elementy układanki odczujesz i pójdziesz dalej odczuwać siebie.z

18 listopada 2014

Między egzystencją a Życiem

Staję w samotności przed sobą. Bez niczego. Okazuje się, że staję przed całym światem. Wszystkimi, których znam lub nie. Okazuje się, że staję przed drzewem na polanie, pośród kwiatów, śpiewu ptaków, promieni słońca. Staję się drzewem, śpiewem, słońcem. Nie mogę dalej uciekać. Nie chcę dalej uciekać. Nie chcę z walki czynić podstawy wszystkiego. Nie jestem ideałem. Nikt na szczęście nie jest i nigdy nie będzie, chyba że zapragnie wpisać się w coś stałego. Nie da się patrzeć na świat jako miejsce, w którym wszyscy są jednakowi. Każdy postępuje, jak czuje. Czasem to sprzeczne z tym, co czuję. Ale nie ma sensu zmuszanie go do mojego spojrzenia. Nie ma sensu naprawianie świata na siłę. Wszystko toczy się swoim rytmem. Uczyniliśmy zewnętrzny świat fizyczny naszym priorytetem. Zastępuje on nam siebie. Próbujemy uporządkować nasze otoczenie, choć tam nie ma nic do porządkowania. Kolorowe świecidełka oślepiły nas, przez co straciliśmy kontakt ze sobą. Przez co straciliśmy kontakt z innymi i na siłę próbujemy wszystko poukładać. Niczym rozkapryszone dzieci, które tupią nogą, gdy coś idzie nie po ich myśli. W ten sposób sprowadziliśmy się do poziomu fizycznej egzystencji, wypełnionej strachem, niepewnością jutra, ciągłymi pytaniami i poszukiwaniami wyjaśnienia. Uwierzyliśmy, że musimy walczyć z wiecznymi przeciwnościami, że życie to walka o lepsze jutro. Zagubiliśmy się. I ciągle walimy głową w mur. Wierzymy w tysiące rzeczy, które organizują codzienność, wierzymy w ich konieczność. I o nią walczymy. Co pozostanie, jeśli przestaniemy walczyć? Jeśli powiemy sobie stop? Nic z tego, co nas fizycznie otacza nie przetrwa. Wszystko ma swój koniec. Jakie znaczenie dla mnie po śmierci będzie miał stan mojego konta, marka samochodu, kolor ścian w pokoju? Rozpłynie się niczym sen. Pozostanie coś, co żyje zawsze, co widać wszędzie, co Jest. Co Jest mną, tobą, drzewem, śpiewem i ciepłem słonecznego promienia. Poza czasem, pytaniem i odpowiedzią. Poza podziałem na radość i cierpienie. Prawda. Istnienie. Współistnienie. Życie, które marzy o tym, by żyć. Spełnić się w fizycznym wymiarze, wychodząc poza niego, poza nazwy i słowa. By odczuwać. Kiedy czujemy akceptację, kiedy stajemy się akceptacją, mur znika, ginie zewnętrzne, pozostaje tylko to, co wewnętrzne. Nie ma przeszkód. Puszczają sztuczne tamy. I Życie zaczyna swobodnie płynąć. A my smakujemy je, każdy oddech, krok, dotyk, szelest. Rozpływamy się. Znikamy. Tak jak cała egzystencja. Pozostaje tylko Życie.z

18 listopada 2014

powrót

z

TELEFON: 515 465 815

EMAIL:  drejza@drejza.pl

SKYPE: przemodrejza

© 2014 Przemysław Drejza

design IDEAPRESS