Teksty umieszczone w tym dziale są odzwierciedleniem wewnętrznych przemyśleń, spotkań z samym sobą osób, które chcą podzielić się swoim doświadczeniem, stanowić pewnego rodzaju drogowskaz dla wszystkich poszukujących radości i spełnienia w życiu.

Bycie

W codzienności rozglądamy się dookoła. Widzimy naszych bliskich, widzimy siebie i tysiące spraw. Rozglądamy się i szukamy przyczyn. Przeżywamy niepowodzenia, choroby, dzielimy każdy dzień na to, co chcemy i na to, czego nie chcemy. I tak, dzieląc nasze życie, dzielimy też siebie. Stale żyje w nas część, która z czymś się nie zgadza. W chwilach zagubienia zaczyna w nas dominować, a my, niczym ślepcy podporządkowujemy się jej. Rozrasta się wtedy niebotycznie i przysłania nam Prawdę. Dajemy się porwać wirowi błędnych osądów i gubimy swoją istotę. Tymczasem każde ze stwierdzeń, które sprowadza nas na manowce jest fałszywe. Zakładamy, że nasze imię, rola życiowa (matka, ojciec, córka, syn, lekarz, sprzedawca, kucharz, kobieta, mężczyzna, itp.) są prawdą o nas samych i ciągle się z nimi identyfikujemy. Dalej pojawiają się konflikty wynikające z tego, co musimy, a czego nie musimy jako odtwórcy tych ról. I tak zapętlamy się ciągle i pędzimy od jednej iluzji do drugiej. To nie znaczy, że należy to wszystko odrzucić. To oznacza tylko, że identyfikacja z tymi rolami zamyka nam oczy. Powoduje, że to, czego nazwać się nie da, Pustka naszej istoty, zostaje zapełniona chaosem. A Pustka ta ma promieniować z naszego wnętrza na codzienność, uciszając jej głośne nieuporządkowanie i zamieniając ją w to, czym jest, rzeczywistością form, wydarzeń, przeżyć, które płyną na powierzchni naszej egzystencji, gdy my, przebywając u swojego Źródła, czerpiemy spełnienie z samych siebie. Spełnienie to przychodzi, gdy odczujemy Nicość, która jest w nas i wszędzie dookoła. Na początku może pojawić się strach – człowiek, korona stworzenia, nie różni się niczym od drzewa, powietrza, chmury. Znika wyjątkowość, którą tak chcemy zachować. Czuć bunt, tak przecież nie może być. Jakie to jednak wyzwolenie dla nas – wyzwolenie od nas samych, by odczuć siebie samych – prawdziwych jednak i gładkich niczym tafla wody. Nazwy nie znikają, myśli nie znikają, ale znikamy my – one więc mogą płynąć, a Obecność przejawia się przez nas. Każde dążenie, każde pragnienie zaburza naszą obecność. Każda niezgoda wyrzuca z głębin na powierzchnię, po której poruszamy się tak długo, jak długo czegoś chcemy. Człowiekowi nie potrzeba nic więcej ponad Życie.z

28 października 2014

Skupienie i rozproszenie

Pozostań skupiony. Na swoim wnętrzu, które jednocześnie jest zewnętrzem i wnętrzem innych. Pozostań tam cały czas. Wtedy czas zanika. Przestaje istnieć sztuczny twór, wymyślony przez ludzi, dzięki któremu mamy żyć, a umieramy. W przestrzeni bez czasu liczy się tylko obecność, bez kierunku i celu, przy jednoczesnej wyraźnej precyzji celu. Ponadczasowa obecność dana każdemu z nas, aby odkrył, kim jest. Przestrzeń zewnętrzna przestaje wtedy istnieć, nawet fizycznie przestajemy ją dostrzegać, mimo to ona jest w nas. Znajdujemy się wewnątrz siebie, a więc tak naprawdę wychodzimy na zewnątrz, przez cielesną bramę, by być. I tu wszystko się zaczyna. Wszelkie doświadczenia traktujemy informacyjnie, znaczenie mają o tyle, o ile pozwalają nam wkroczyć w nienazwane obszary swojej jaźni. Spanie, jedzenie przestają wyznaczać nasz rytm dobowy, bowiem niepodporządkowani czasowi nie podporządkowujemy się im. Stanowimy decydującą o sobie jednostkę w cielesności, wewnątrz której kipi życie. Nadajemy swoje prawo sobie, szanując odrębność wszystkich wokół, choć wszystko znika – dom, najbliższa okolica, ludzie. Znika. Widzimy fizycznie świat za oknem, ale czujemy, jakby nie był nasz, jakby był obrazem wyświetlanym na gigantycznym ekranie. Zagłębiamy się w sobie, bo tak naprawdę tylko to nam pozostało. Tylko to życie wewnątrz nas jest realne, czujemy tylko to, co jest w środku nas. Co trwa i przeszywa nas głęboko. Nie sposób tam wejść, gdy nie czujemy siebie. To jedyny sposób w morzu gubiących nas metod. Chociaż my ciągle próbujemy czuć się jak inni, próbujemy czuć za innych. Gdy tymczasem możemy poczuć tylko siebie. Wtedy też zaczynamy czuć innych. I nic więcej nie potrzeba. Nasza własna przestrzeń łączy się z całością. I w niej znikamy, rozpraszając się i skupiając w morzu zmian, w nauce o nas samych.z

13 października 2014

Dawca

Jestem, kim jestem. Dzięki Życiu pojawiłam się na ziemi. I jestem tu cały czas, choć tak często próbuję uciec gdzie indziej. Wydaje mi się, że wystarczy zamknąć oczy, aby przenieść się tam, gdzie spokój, gdzie nikt i nic nie zakłóci mojej ciszy. Jakże ubogie jest takie życie. Jakże pozbawione kolorów, emocji. Cały czas dążę do dopasowania się do otaczającego świata. Próbuję zdobyć akceptację, uznanie, nawet podziw. Próbuję pokazać, jaka jestem, często nadrabiając wyimaginowane braki. Ale teraz wiem, że już nie muszę. Że przyszedł czas, aby być we wszystkich kolorach i emocjach. We wszystkich doświadczeniach i przeżyciach. Przyszedł czas, aby brać to, co Życie daje. Wejść w nie głęboko, aby odczuć siebie bez nazwy. Wejść w nie tak mocno, że oczywista się stanie jedność mnie i niego. Mnie i innych. Aż do zaniknięcia granic jednostkowych, społecznych, geograficznych i politycznych. Życie jest tak piękne. Człowiek jest taki piękny. Świat jest taki piękny. Właśnie w tych skrajnościach – brzydocie i pięknie, młodości i starości, życiu i śmierci zamknięta jest prawda. Prawda o istocie, która zawiera wszystko, ale cały czas egzystuje w przekonaniu, że czegoś jej brakuje. I z tego przekonania rodzi się cała dualność i całe poszukiwania i cały smutek. Nikomu z nas nic nie brakuje. Każdy jest doskonały – taki, jaki jest. Spójrz drugiemu człowiekowi w oczy. Czy czegoś w nich brakuje? Czy odczuwając Życie, którym on się przejawia, czegoś mu brakuje? To prawda, że ciągle czujemy, że coś nam nie pasuje. Chcielibyśmy poprawiać siebie, więc tym bardziej innych. Ale nie ma takiej potrzeby. Jeśli wszystkich ujednolicimy, zatracimy istotę naszych doświadczeń, mających pokazać nam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. Pojawi się szarość w miejsce kolorów. Pojawi się doskonałość – skończona, bezbarwna, nijaka. Zamkniemy się w pokoju bez wyjścia i udusimy się w nim. Nasze dążenie do poprawiania doprowadzi właśnie do tego, aby wszyscy stali się jednolitą masą nam podobną. Gdzie będzie wtedy Życie? Nie odwracajmy się przeciw temu, co ono daje. Przyjmijmy je z wdzięcznością i radością. Tańczmy w deszczu, dotykajmy twarzy drugiego, łapmy gwiazdki śniegu w rękawiczki. Codziennie odbierajmy cuda, które daje nam życie. Za darmo, bez oczekiwania, że mu podziękujemy. Może dlatego tak szybko się od niego odwracamy. Bo to byłoby za proste. By po prostu cieszyć się razem tym, co jest. z

13 października 2014

Ławka w parku

Dlaczego tak bardzo chcesz być inna od wszystkich? Cały czas oddzielasz się od drugiego człowieka próbując udowodnić sobie, że się różnicie. Uważasz, że twoje indywidualne spojrzenie na świat jest ważne. Że musisz wyrazić siebie, co tym bardziej podkreśli tą indywidualność. Dokąd chcesz dojść? Po co ci ta ciągła walka ze światem i wszystkimi naokoło w udowadnianie swojego ja? To nieprawda. To zaprzeczenie istocie człowieka. Istocie pozbawionej jakichkolwiek nazw, niemającej granic, nieoddzielonej od nikogo i niczego. Zawierającej wszystko. Drugi człowiek to ty sam, w innej powierzchowności. Kiedy jesteś przy dziecku, zachowujesz się jak dziecko – bo nim jesteś. Kiedy jesteś przy kłamcy, zachowujesz się jak kłamca, bo nim jesteś. Kiedy jesteś przy kimś spokojnym, zachowujesz się spokojnie, bo sam jesteś spokojem. Zawierasz wszystko i dlatego możesz wszystko porzucić. Przestać walczyć i udowadniać. Samego siebie chcesz przekonać? Nie rób tego. Zatop się w jedności ze wszystkimi. Roztop swoje indywidualne „ja”, swoje imię w całości. Zostaw doświadczenia. Nimi też chcesz pokazać jak bardzo się wyróżniasz? Zostaw to, nic nie potrzebujesz, bo wszystko już masz. Wszystko. z

11 października 2014

PORT

Rozglądasz się niepewnie po świecie. Szukasz wskazówek, odpowiedzi choćby, aby odkryć istotę rzeczy. Gonisz od jednego schematu w drugi. Pochłania cię chęć nazywania, a w oczekiwaniu stanów czy odczuć gubisz sedno sprawy. Cały czas spoglądasz w niewłaściwym kierunku, wymuszanym przez uświadomione lub niepoznane zachcianki ego. Czas z tym skończyć. Znaleźć kotwicę, która, rzucona w chaos, zatrzyma ten pociąg pędzący ku ścianie. Nie znajdziesz jej na zewnątrz, nawet w przyrodzie, czy teraźniejszości ograniczających obecność. Znajdziesz ją tam, gdzie się najmniej spodziewasz, choć to proste i oczywiste. Znajdziesz ją w swoim ciele. To część twojej obecności ograniczona w fizyczności i to właśnie ona jest bramą do Źródła. Zacznij od bycia z własnym ciałem. Poczuj, co mówi do ciebie w swoim języku. Bólem naprowadza cię na właściwe spojrzenie na siebie. „Odchodzisz za daleko” zdaje się mówić. „Przywołuję cię z powrotem”. Skupienie na nim wprowadza nas w stan obecności umożliwiający przerwanie identyfikacji. Zaczyna się przejście ku szerszej perspektywie, która daje wgląd w prawdę o tym, jak bardzo się z czymś utożsamiamy. Pozwala odczuć, ile niechęci i negatywizmu ukrywa się w bólu i chorobach naszego ciała. One są właśnie tym, co chowamy przed światem i samym sobą, a nasze ciało, tak często przez nas lekceważone, pomaga nam w odczuciu, że prawda jest inna – rozpuszcza nasze „ja” i prowadzi poza dualizm wyborów do kompletności w obecności. Zanikają mechanizmy założeń, zanika walka o siebie w codzienności. Kończy się potrzeba doświadczania, wybierania. Nie szukamy podobieństwa do kogokolwiek, roztapiamy się w swoje obecności, gdzie wszystko się wydarzyło, wybory dokonały i została sama esencja tego, kim jest każdy człowiek, a informacja wewnętrzna staje się podstawą naszego bycia. Trafiamy do punktu wejścia/wyjścia. Słowa znikają, są zbyt ubogie, aby nazwać nienazwane. Są ograniczeniem próbującym uporządkować i zamknąć to, co wymyka się wszelkiej klasyfikacji. Zostaw perfekcję, ideały, nie musisz już być poszukiwaczem. Dobij do portu. z

11 października  2014

Wychodzenie z cienia

Ego jest częścią człowieka. Jest jego cieniem. Żyjemy właśnie w tym cieniu. Rozglądamy się na boki w poszukiwaniach światła, które, kiedy się wreszcie pojawi, oślepia nas. Nie przyjmujemy wtedy do wiadomości, że każdy człowiek stanowi całość światła i ciemności. Staramy się pozbyć, nie dostrzegać ciemności, bo każdy chce być ze światła. Dlaczego? W świetle nic nie widać. Nie ma punktu odniesienia. Jest ono czymś stałym, skończonym. My tacy nie jesteśmy. Nie jesteśmy skończonością. Podlegamy stałemu cyklowi śmierci i narodzin. Każdego dnia. Znajdujemy się w ciągłym ruchu, w ciągłej zmianie, ciemne – jasne, śmierć-narodziny. Kiedy przyjmiemy, że nie ma w nas dualności, że nie ma w nas tylko jednego, że wypełnia nas wszystko, możemy zacząć wychodzić z cienia, w którym tkwimy. Uświadomienie sobie, że ego to nasza cząstka umożliwia opuszczenie broni. Nie trzeba z nim walczyć. Nie trzeba mu się przeciwstawiać. Nie trzeba nazywać go skończonym złem. To ograniczenie. To zamknięcie siebie w pokoju, z widocznie otwartymi drzwiami, zza których bije łuna oślepiającego światła. Sami uznajemy siebie za wypaczonych. Wchodzimy na arenę i zaczynamy walkę, którą za wszelka cenę chcemy wygrać – walkę z ego. Budujemy w sobie ogromne napięcie, tym bardziej, że zewsząd słyszymy, że ego to marność. Że mamy wejść na szczyt i doznać oświecenia. I upajać się jego doskonałością. I znów wpadamy w pułapkę własnych dążeń. I znów wpadamy w ograniczenie doskonałości, sprowadzając swoją nieskończoność do bycia idealnym. Tak naprawdę nawet nie rozumiemy, co to znaczy, ale chcemy tacy być. I tak ciągle tkwimy w cieniu. Pragniemy się wyrwać w kierunku czegoś, czego nie rozumiemy, odrzucając coś, czego poznanie stanowi początek. Odrzucamy wszystko, co nam się w nas nie podoba. Myślimy, że wtedy trafimy na szczyt. Trafimy – oślepieni blaskiem ego – my wywyższeni, lepsi, znający istotę życia. Chcący prowadzić następnych – pokazujących, że tylko naszym sposobem, da się coś osiągnąć. Niszczących w ten sposób ścieżkę drugiego człowieka. Pokazujących, że kurz oświeceni ścierają tak, a nie inaczej.

Ego nie jest naszym wrogiem, nie jest celem walki. Nie istnieje żadna walka. Nie jesteśmy wojownikami o lepszy świat. Nie tędy droga. Ego stanowi punkt odniesienia. Nie możemy go odstawić. Je trzeba poznać. Trzeba poznać siebie, być świadomym swego ego, aby odczuć obecność, aby odczuć cykl życia i śmierci w ciągłym doświadczaniu w nieskończoności. Boimy się utraty indywidualności, gdy tymczasem sami ją sobie zabieramy, próbując walczyć z ego. Jesteśmy kroplą w oceanie, nieskończonością w skończoności, która nadaje nam cech jednostki. Nie walczmy z tym. Nie walczmy z sobą, nie walczmy z drugim człowiekiem. Odrzućmy nazywanie, na rzecz odczuwania, patrzenie na rzecz widzenia. Nie zdobywajmy zewnętrznych szczytów, które są zasnute mgłą. Odkrywajmy siebie w codziennej obecności.z

5 października 2014

Świadomość własnego ego

Patrzę na drzwi. Widzę, że są uchylone. Widzę w nich przeszkodę, którą trudno przejść. Irytuję się na nie. Myślę, co za drzwi! Przecież chcę dalej, a one są. Skupiam się na nich, stają się prawdziwą fortecą nie do zdobycia. Rosną, a wraz z nimi rośnie moje ego. Jak to nie dam rady? Ja nie dam rady? Przejdę i powiem innym, jak to zrobić. W końcu jestem świadoma własnego ja. Pytam się jednak w wieczornej ciszy, czego jestem świadoma? Kim jestem? Skąd przyszłam? Dokąd idę? I nagle okazuje się, że uświadamia sobie własne ja, ale okazuje się nim być ego. Jestem świadoma własnego ego. I tu zupełne zaskoczenie. Jaki spokój to daje. Ta najzwyklejsza rzecz. Żadnych fajerwerków. Bez uniesień. Po prostu. Odnalazłam się w punkcie wyjścia, w punkcie styczności życia i śmierci. Nastąpił koniec. Śmierć. Wszystko, co do tej pory zrobiłam, doprowadziło mnie tutaj – na początek, bo świadomość własnego ego jest początkiem. Bez tej świadomości nic nie może umrzeć, bo nie ma co umierać. Dopiero teraz, kiedy ego rozkwita jednocześnie się kończy. Drzwi znikają. Tak naprawdę nigdy ich nie było. To dumne ego chciało je widzieć. Wtedy jego podobno nie było, a drzwi stały. Teraz jest ego a one zniknęły. Niczym mgła. Niczym senna mara, kiedy z nocnych koszmarów budzimy się do życia. I dopiero teraz się okazuje, jakim przyjacielem jest ego – jak drogowskaz na drodze. Jak dobrze, że istnieje, gdy tymczasem tak go nie chcemy, traktujemy jak balast na łodzi wiodącej ku oświeconemu przeznaczeniu. Wstydzimy się, oszukujemy, że przecież dawno już sobie poszło, a przecież cały czas żyjemy w jego cieniu. Nie traktujmy go jak wroga. Okazuje się, że to ono wszystko rozpoczyna i kończy. Bez niego nie byłby możliwy kolejny krok, kolejna zmiana w morzu nieskończoności zmian. Kiedy znikają podziały, ocena, oczekiwania, wszystkie mechanizmy, otwiera się przestrzeń obecności, w której pojawia się Bycie. Życie jest jego tłem, materia jest jego tłem, tłem czegoś nienazwanego, czego nikt za nas nie odczuje. Trudno to sobie wyobrazić – tak bardzo przywiązani pozostajemy do siebie w materii, że postrzegamy siebie zawsze pod materialną postacią. Okazuje się jednak, że jako ciągła nieskończoność śmierci i narodzin, ciągła zmiana, nie przybierzemy żadnej postaci. To już nie czas określania czegokolwiek. To czas na samotną wędrówkę w głąb swojej nieskończoności. Zaczyna ją świadomość własnego ego, której nie będzie, jeśli świadomi jesteśmy tylko czyjegoś ego. Tam nie znajdziemy odpowiedzi na pytania: kim jestem? Skąd przyszedłem? Dokąd idę? One są tam, gdzie „ja” nie ma. Gdzie zanika kontrola, bo przecież ciągłych zmian nie sposób kontrolować. Gdzie stajemy się uczniem samego siebie. Gdzie umierają nasze interpretacje widzenia świata wypracowane na bazie poglądów innych, a rodzi się odczucie obecności. z

1 października 2014

Drzwi

Stoję przed drzwiami. Widzę, że są lekko uchylone. Oglądam je. Stoję i się waham. Boję się. Co będzie dalej? Czuję, że skończyły się określenia. Tam dalej nie ma nic znanego, choć jest tak znane. Nie ma nic nowego, choć wydaje się tak nowe. Jest coś, co bardzo chcę określić, choć się nie da. Skończyło się coś bezpiecznego. Przyszedł czas, by zrezygnować z kontroli. Jestem. Nie muszę znać reguł, nie muszę planować, nie muszę musieć. Nie muszę nic a mogę wszystko. Zostawiam siebie, by siebie odzyskać. Zostawiam indywidualność, by ją naprawdę odczuć. Zostawiam nazwane. Nie ma nikogo ze mną. Nie ma kroków, które mogłabym powtarzać. Nikt nie może mi ich pokazać. Nikt nie może ich nazwać. Jestem sama wobec siebie. Tu nie może być nikogo ze mną. Jak ktoś ma nazwać moje odczucia? Jak może nazwać coś, czego się nie da nazwać? Nie ma go ze mną. On wie, co on czuje, mnie nie zna w ogóle. Tak, jak ja nie znam jego. Tak, jak nie wiem, co on czuje. Koniec wyścigu. Tu nie ma porównywania ani udowadniania, kto lepszy. Są tylko te drzwi. Jest tylko moja droga. I tylko jego droga. Możemy iść razem, każde po swojej drodze. Możemy iść osobno, każdy po swojej drodze. Taki jest świat – pełen ludzi stojących przed drzwiami. Z jednej strony – mają świat iluzji opartej na wyższości jednego lub drugiego, opartej na dobrach materialnych, gdzie każdy czuje się w obowiązku ingerować w życie drugiego, z drugiej – mają siebie, swoją obecność i jej odczucie. Też tak stoję. I nie wiem, jak oddać kontrolę, jak poddać się temu, co płynie. Jak poruszać się bez nazywania? Na te pytania nikt nie odpowie. Bo jakakolwiek próba odpowiedzi będzie zamazywała mnie. Czas wyruszyć w podróż w nieznane. Tylko tak się przekonam, co jest po drugiej stronie drzwi. I okaże się, że przekonywanie nie ma tu nic do rzeczy. Kogo mam przekonywać? Z kim mam toczyć wojnę? Z sobą? Pozostawiam więc pytania. Nie są potrzebne już odpowiedzi na pytania. Nie muszę ich znać. Naciskam klamkę. z

23 września 2014

O latarniku

Życie jest nienazwanym. Jest czymś zwykłym. Cały czas poszukujemy wyjątkowości. Cały czas zwodzi nas ego i jego wizje, które zniekształcają całą prawdę. Nie ma różnic między nami. Nie ma nic, co wyróżnia jednego człowieka od drugiego. Wszyscy jesteśmy tym samym. Nienazwanym. Boimy się o naszą przyszłość, bliższą i dalszą. Planujemy każdy dzień. Układamy nasze życie, bo wydaje nam się, że tak należy. Mierzymy każdego naszą miarą. I odrzucamy wszystkich i wszystko, co nie mieści się na w ramach naszej wizji naszego świata. To jest to, co nas najbardziej ogranicza. Sami zakładamy, jak ma wyglądać nasze życie i sami w ten sposób niszczymy siebie. Skąd w nas ta pewność, że życie ma tak wyglądać? Skąd pewność, że musimy cierpieć, bać się jutra, walczyć o pieniądze i inne dobra materialne. Dlaczego w drugim człowieku widzimy wroga? Dlaczego czujemy się lepsi i uwielbiamy wytykać cudze błędy? Przecież to wszystko nie ma znaczenia. Nie ma nic wspólnego z tym, kim naprawdę jest człowiek. Ogranicza nas. Zamyka w kręgu własnych znanych doświadczeń. I w tym kręgu żyjemy, powtarzając codzienne czynności jak roboty. Widzimy tyle zła dookoła. I tak długo, jak je będziemy widzieć, ono będzie. Przecież w gruncie rzeczy są tylko doświadczenia – każdy człowiek swoimi myślami i czynami tworzy własną rzeczywistość. Ona tylko odbija nasze wnętrze. Dlaczego więc nie spojrzeć głębiej? Poza ten wciągający nas wir planowania, oceniania i układania swojego i przede wszystkim cudzego życia. Spojrzeć tam gdzie nie ma nazw, gdzie ich nie potrzeba, bo wszystko jest jasne. Gdzie jest odczucie jedności – na początek z drugim człowiekiem, potem ze wszystkim. Gdzie każdy daje drugiemu prawo do bycia kim jest, prawo do wolności, do własnego prawa. Gdzie poprzez tę wolność otwiera się drzwi do bezczasowej obecności tu i teraz. Gdzie nie ma krzywdy. Gdzie jest tylko Bycie i Istnienie. Każdy rodzący się na ziemi przychodzi po to, by odkryć, kim jest naprawdę. By odkryć, że ma wewnętrzne światło mogące rozpromienić świat zewnętrzny. Jesteśmy latarnikami, którzy zapomnieli o sobie. Oczekujemy, że ktoś nam oświetli drogę. Nikt tego nie zrobi. Możesz to zrobić tylko sam. Powoli, krok po kroku odkrywać swoją prawdziwą naturę, pierwotną łączność z całym światem, w której wszystko opiera się na odczuciu. Nie ma się czego bać. Nikt nie może cię skrzywdzić. Nikt i nic nie może zabrać ci tego, co jest Tobą. Twojego wnętrza. Twojej głębi. Ona jest tym, co się naprawdę liczy. Tam jest cisza. Tam jest akceptacja. Tam jest miłość. Tam jest wszystko, dlatego nie trzeba tego nazywać. Tworzymy sobie świat zewnętrzny, który nas oddziela od siebie samych. Wierzymy, że tak powinno być. Że tak wygląda życie. Tymczasem życie wolniutko płynie. Cicho, bez jakichkolwiek napięć. W całkowitym spełnieniu. Oczekujemy fajerwerków, ale ich nie ma. Fajerwerki nie są potrzebne. Nie oddają Prawdy. Nie oddają spełnienia, jakie człowiek odczuwa w spotkaniu z samym sobą. Nie jesteśmy aniołami. Nie mamy nimi być. Bądźmy sobą. W samotności, ale nie sami, w łączności ze wszystkimi. Cieszmy się tym, co mamy. Cieszmy się sobą. Cieszmy się drugim człowiekiem. Jakie piękne jest życie. Jaka cudowna żywotność płynie w nas. Żyjmy w zgodzie ze sobą, wtedy nie będzie nie potrzebna zgoda drugiego człowieka. Wierzmy w siebie. Wtedy nie będziemy szukali akceptacji w oczach drugiego człowieka. Nie trzeba już walczyć. Nie ma sensu upierać się przy swoich racjach. Kto ma rację, jeśli wszyscy są tym samym? Kto chce mieć rację? Ego. Człowiek nie ma z nim nic wspólnego. Niech ono sobie będzie. Szkoda czasu na wojnę. Skupmy się na czymś innym. Obserwujmy, jak chce nas przekonać, jak bardzo chce, żebyśmy mieli rację. Jaka racja? Tylko człowiek czujący zagrożenie chce walczyć. O co? O jakim zagrożeniu mowa? Kto się boi utraty ważności? To są nasze codzienne zmagania, które tak bardzo oddalają nas od nas samych. Czas zapalić swoją latarnię. Każdy może to zrobić. Bez obaw o jutro, którego nie ma. Bez obaw o utratę materii, która przemija. Czas przebić się przez skorupę i dotrzeć do siebie. Do prawdy o człowieku na ziemi. Do prawdy o latarniku, który zapomniał o swoim powołaniu. z

15 września 2014

Między śnieniem a obecnością

Codzienne życie, związki. Schematycznie wykonywane czynności, automatyczne reakcje. Zaprogramowanie. Człowiek żyje jak istota o sztucznej inteligencji. Wymuszone działanie. Śnienie.

Pochłania nas coś, co nie jest nami. Odnosimy się do zewnętrznych okoliczności, które podporządkowują nas na każdym kroku. Toniemy w morzu oczekiwań – swoich dotyczących przyszłości, ludzi którzy mają w tej przyszłości uczestniczyć na naszych warunkach. I w tym wszystkim próbujemy odkryć siebie. Wywyższamy się nawet owym odkrywaniem. Czujemy się wyjątkowi, ale nie dostrzegamy, że to nie nasza wyjątkowość. Że powielamy czyjeś życie, że podpinamy się pod kogoś, uznając to za naszą ścieżkę. Tymczasem prawda jest okrutna. Wcale nie chcemy ułożyć swojego życia w zgodzie ze sobą. Oszukujemy siebie i innych. Zawsze znajdujemy wymówkę, która usprawiedliwi nasze postępowanie. Tak zaślepieni nie dostrzegamy, że poszukujemy nie miłości, lecz pieniędzy, nie wolności, lecz kopiowania. Jak w zaklętym kręgu rozglądamy się za przewodnikiem, który nas przeprowadzi przez trudy egzystencji, odpowie na nurtujące nas pytania. A przecież nie istnieje nikt taki. Każdy istnieje sam dla siebie i sam dla siebie jest prawem. Nie odczuje się tego w chaotycznym zewnętrzu. Tylko skierowanie uwagi do wnętrza, odkrywanie niezgłębionych pokładów ciszy w sobie pozwala uświadomić sobie, że nie muszę nikogo ani niczego kontrolować. Że władza jest niepotrzebna. Że nie potrzebuję żadnego określenia odnoszącego się do siebie, bo nie ma ono najmniejszego znaczenia. Spotkanie z naturą naprowadza na utracone przez nas pierwotne instynkty, które łączyły nas z otaczającym światem. Łączyły nie na zasadzie podporządkowania, lecz we wrażliwości na każde najmniejsze istnienie. Cała otaczająca nas cywilizacja odzwierciedla destrukcyjny kierunek, który przybrało ludzkie życie – kierunek zewnętrznej eksploracji, dążenia do podboju innych cywilizacji, a nawet kosmosu. Telewizja, Internet, media społecznościowe mocno zachęcają do ingerowania w cudze ścieżki, wypełniają nasz czas problemami, które nie są nasze, a przy głębszym spojrzeniu po prostu przestają istnieć. Programują nas na choroby, nieszczęścia, przemoc. Kreują świat złudzeń, strachu i niemocy. Każą wierzyć w jedyną słuszną ideę, religię, przywódcę i patrzeć na korzyści, które będzie się z tego miało. To iluzja, która zmusza nas do ciągłego powielania w kompletnym braku wiary w siebie. Żyjemy niczym zombie, wpatrzeni w coś lub kogoś, zapominający o Życiu, które cichutko płynie pod tym wszystkim. Nierzadko potrzebny jest wstrząs, by się z tego wyrwać. By dostrzec wartość w    Życiu w sobie, a potem w Życiu wszędzie wokół. Nie ma ono wtedy określeń, tak jak i my oraz inni ludzie nie mamy określeń. Nie ma już nikogo, kto może kazać nam coś zrobić. Zanika fałsz i rozkwitamy w Prawdzie, we własnej Prawdzie, która okazuje się Prawdą wspólną dla wszelkich istot. Żyjemy w swojej przestrzeni, nie wchodząc w przestrzeń drugiego człowieka. Przestajemy widzieć indywidualność jako podstawę do oceniania i różnicowania. Nie ma już ego, które chciałoby się nasycić wyjątkowością, wywyższeniem. Kończą się pytania, bo docieramy do odpowiedzi w sobie. Śmierć iluzji staje się naszym wyzwoleniem z zależności. Zaczyna się Obecność. z

14 września 2014

powrót

z

TELEFON: 515 465 815

EMAIL:  drejza@drejza.pl

SKYPE: przemodrejza

© 2014 Przemysław Drejza

design IDEAPRESS